Ręce, które za tym stoją
Dorota sama nauczyła się słuchać gliny.
Bez szkoły, bez pracownianych rezydencji — tylko koło, upór i lata weekendów. Co tydzień jedzie do małej pracowni ceramicznej i zostaje, aż zgaśnie światło: toczy, rzeźbi, przebija, szkliwi i otwiera piec, żeby zobaczyć, co postanowił ogień.
Nie robi kolekcji. Robi naczynia — i pozwala każdemu stać się tym, czym glina chciała być tego dnia. Jedne wychodzą rzeźbione jak kamień obrobiony przez fale, inne przebite jak koronka, jeszcze inne nakrapiane jak nocne niebo. Żadne nigdy się nie powtórzy.
— Dora Deco to deko Doroty. Tyle znaczy ta nazwa.







